Powrót na stronę główną
Sprawdź nasze godzinyKatalogSieć bibliotecznaInformacje podstawoweZdjęciaRóżne zagadnieniaDane teleadresowe

Aktualności Przydatne linki
Archiwum Kącik literacki
Polecana literatura



ZAKŁADKI   KĄCIK LITERACKI


Dzieci, młodzież i osoby dojrzałe, które chciałyby ujawnić swój talent literacki i podzielić się swoją twórczością poetycką i prozatorską, serdecznie zapraszamy do współpracy. Jeśli dotąd pisaliście do szuflady i zastanawiacie się w jaki sposób tę twórczość pokazać światu, zapewniamy, że KĄCIK LITERACKI będzie do tego odpowiednim miejscem. Zapraszamy.

Poezja
Dary jesieni
Dorosłość
Listek
Mosina
Posmak
Promień życia
Reklama ziemniaka
W moim pokoiku
Wakacje
Wiosenny deszcz
Wiosna
Proza
Biblioteczne krasnoludki
Dalszy ciąg "Szkoły przy cmentarzu"
Syrenia płetwa








Regionalny konkurs literacki z okazji 160 rocznicy Wiosny Ludów - wybór prac
Bitwa pod Rogalinem - Katarzyna Adamczewska
Bitwa pod Rogalinem - Marta Budzińska
Kartki z pamiętnika - rok 1848. Autor nieznany - Anna Andrzejewska



Wiosna

Wiosna radosna kroczy przez park
rozsypując po drodze piękne i tęczowe kwiaty.
Widzi listki tańczące na wietrze,
widzi także kołyszące się w rytmie drzewa.

Barwna dama, widziała różne ptaki,
gdy spojrzała w górę
zobaczyła jasno świecącą magiczną kulę.
Nagle zauważyła, że znalazła się w jakimś tajemniczym ogrodzie.
I zniknęła by powrócić do nas za rok.

Wiktoria Skalska lat 10
(23.04.2010 - www)



Listek

Drogi listku czy Pan płacze?
Ja bez sensu łez nie tracę. Tylko powód mam wrażliwy, że jestem zbyt
leniwy. Że nie mogę spaść na ziemię i tak jak moi przyjaciele podróżować
z siłą wiatru i oglądać ptaka co beztrosko po niebie lata.
Panie listku niech Pan pamięta, liście które opadają szybko umierają,
a Pan niech długo żyje i pamięta, że na świecie liczą się miłość i
przyjaciele.

Łukasz Bosiacki lat 11
(06.05.2008 - www)



Promień życia

Już nic nie da się zrobić.
Tylko szlochać i nic więcej.
I biały ptak rozświetlił smutek.
Usiadł przy łożu,
Krok od zgubnego.
I jego ręce zaczęły drżeć.
Promień życia przeleciał przez niego.
Ożył, to cud.
Gołębica biała odleciała.
Wprost do nieba.

Emilia Drozdowska lat 12
(28.04.2008 - www)

Mosina

Tu się budzę, tu zasypiam.
Tu się uczę i tu bawię.
Tu się wszystko zaczyna.
Tu się dzień zaczyna i tu się kończy.
Tu zachód słońca jest piękniejszy.
A blask księżyca jaśniejszy.
Tu rodzina i przyjaciele, oraz szczęścia wiele.
To Mosina.

Łukasz Bosiacki lat 11
(06.05.2008 - www)





Wakacje

Ach, tak pięknie...
Wolny czas...
Po świecie podróżowaliśmy, długo spaliśmy...
Myśmy nowych ludzi poznawali...
Przyjaciół, wrogów, przyjaźnią, nienawiścią obdarowywali...
Lecz cóż to?
Jak szybko minęło...
Wiosna latem się stała,
a ono jesienią...
I znów do szkolnej ławy...
Jednak tak jak na łące kwiaty
zrywaliśmy też kwiat
z jednym w wielu pięknych wspomnień zasialiśmy.

Emilia Drozdowska lat 14
(28.01.2010 - www)



Dary jesieni

Najpiękniejsza z pór roku dama
Przyszła pięknie ubrana.
Ubrała suknie z kolorowych liści
i winogron kiści.
Ma perły z porannej rosy
i wrzosowe włosy.
Szal z babiego lata
Szyję jej oplata.
W jej koszyku jest darów bez liku.
Są jabłka i gruszki i pęczek pietruszki.
Są grzyby rozmaite i jarzyny wyśmienite.
Najpiękniejsza z pór roku dama...

Julia Dziaczyszyn lat 8
(06.11.2008 - www)


Posmak

Jeszcze czuję kwaśne jabłka na języku.
Wart być.
Po prostu.
Inni też chcą skosztować.
Bądź z nimi.
Nie odchodź.
Wiesz, że nie umiem zostać sama.
Ludzie zawsze odrzucali Takich.
Jak Ja.
Więc zostań.
Zjedzmy kwaśne jabłka, które będą pełne zrozumienia.
A nie goryczy i oddalenia.

Emilia Drozdowska lat 14
(28.01.2010 - www)



Wiosenny deszcz

Pod oknami chodzi,
nigdy nie zawodzi.
Przytupuje obcasem,
hałasuje czasem.

Czasem zmoczy, czasem podleje,
w ogródku kwiaty babci Beaty.
Śpiewa na drzewach jak słowik radosny
i skacze od świerku do sosny.
I wiecie już kto to? Kto to jest?
To oczywiście WIOSENNY DESZCZ.

Władka Czerwińska lat 10
(19.05.2008 - www)

Reklama ziemniaka

Ziemniak to towar pierwsza klasa
Dla chudego i grubasa.
Jest ziemniak:
Na patelni smażony,
W ognisku pieczony,
W garnku duszony,
Kawiorem nadziewany.
Jest też ziemniak saute i puree
I ziemnak najbardziej przez nas polecany
Szkolny - w mundurku gotowany.

Julia Dziaczyszyn lat 8
(06.11.2008 - www)




W moim pokoiku

W moim pokoiku ubrań jest bez liku.
Na moim biureczku wszystko w porządeczku.
Na półeczce w pamiętniku mych zapisków jest bez liku.
A na łóżku dwie poduszki no i kołdra ta w kwiatuszki.
No i jest przybornik mały do drobiazgów doskonały.

Basia Adamska lat 9
(06.06.2008 - www)




Dorosłość

Dorosłość jest super.
Ma się dzieci, żonę, pracę.
Można pracować w wieżowcu lub w małym biurowcu.
Ma się samochód i mieszkanie.
Można być artystą, pisarzem, malarzem.

Ale nagle jakieś uczucie ogarnia mnie.
Czy dorosłym być chcę?
Żegnać się z zabawą, misiami, kolegami.

Nie!!!!! Świat dorosłych jest zbyt nudny. Tyle gwaru, szumu, zamieszania.

Nie!!! Znowu chcę być dzieckiem.

Lecz nie mogę.
Pozostała tylko książka stara po dzieciństwie.
Kiedy ją przeczytam czas znowu stanie.
To znowu ja - dziecko beztroskie.
Jestem dzieckiem!! niech tak zostanie.

Łukasz Bosiacki lat 11
(13.06.2008 - www)



Opowiadanie napisane podczas ferii zimowych w Oddziale dla Dzieci, (luty 2008).

Biblioteczne krasnoludki

W pewnej bibliotece, nie za dużej, nie za małej, mieszkają krasnoludki, które opiekują się książkami. Każdy z nich opiekuje się jedną książką. Gdy biblioteka jest otwarta, krasnoludki śpią pośród książek na swoich półkach. W nocy budzą się i pilnie pracują, czyszczą i doprowadzają do porządku książki. Pewnej nocy do biblioteki zakradły się antyksiążkowe krasnoludki i zniszczyły wszystkie książki. Krasnoludki książkowe nie mogły nic zrobić, ponieważ antyksiążkowe krasnale rozsypały magiczny pył usypiający. Gdy rano pani bibliotekarka zobaczyła zniszczone książki bardzo się zasmuciła. Zasmuciły się również krasnoludki i widząc co się stało postanowiły pomóc. Postawiły na jej biurku woreczek z napisem: "posypać tym pyłkiem zniszczone książki". Pani bibliotekarka zrobiła to co było napisane na woreczku i tym sposobem naprawiła wszystkie książki. Od tej pory gdy jakaś książka się zniszczyła, pani bibliotekarka znajdowała na biurku szczyptę tego magicznego pyłu.

Cezary Miedziarek lat 9
Martyna Szymkowiak lat 10



Tekst przekazany 26.09.2008

Dalszy ciąg "Szkoły przy cmentarzu"

Pani Ewelina weszła do klasy. Podeszła do biurka i i odsunęła krzesło - rozległy się głosy - to uczniowie szeptali. Zaskrzypiały drzwi i pojawiła się w nich pani dyrektor.
- Cisza! - huknęła - dzisiaj poznacie nową nauczycielkę, Panią Montorner, a Pani Ewelina ma okienko.
Pani Ewelina otworzyła drzwi, wyszła i zamknęła je. Pani Montorner weszła do klasy. Miała około 40, 50 lat. Wyglądała demonicznie.
- Oczekuje od was dyscypliny - powiedziała.
- Jeżeli będziecie niegrzeczne zostaniecie bardzo , ale to bardzo..okrutnie ukarane.Tak samo jak Angelika Sapkowska.
- To ta, co zniknęła ze szkoły i się do dzisiaj nie pojawiła - szepnęła Kinga do Martyny.
- A jeżeli ktoś zaśnie na lekcji.... to nie gwarantuję, że się obudzi - powiedziała i zarechotała rechotem godnym ropuchy.
I nagle uczniowie zauważyli strużkę krwi spływającą z ust nauczycielki.

Po tygodniu po całej klasie nie pozostał żaden ślad. Ludzie mówili różne rzeczy lecz nikt nie poznał prawdy.

Cezary Miedziarek lat 10




Tekst przekazany 28.04.2008

Syrenia płetwa

Wiecie że każde dziecko zostaje czasem same w domu. Ja też zostałem i miałem pewną przygodę, która jest związana z wyobraźnią; posłuchajcie sami jeśli nie wierzycie.

Rozdział 1    Aratopia

Nikogo nie było w domu tylko ja. Usłyszałem dziwny huk i zobaczyłem światło. Dochodziło ono ze starej książki. Czułem że ogarnia mnie strach i cierpienie. Wszystko minęło kiedy obudziłem się na łące pośród kwiatów i owadów. Obudził mnie dziwny jeleń i wodna nimfa. Zapytałem gdzie jestem. W krainie o nazwie Aratopia. To ty na pewno jesteś ostatnim potomkiem wojowników którzy mają ochraniać naszą krainę. Co? Ja? Na pewno nie. Jestem tylko zwykłym chłopcem z rzeczywistości. Rzeczywistość co za plugawe słowo - powiedziała oburzonym tonem nimfa. A wy w ogóle kim jesteście? Ja jestem złotym jeleniem i nazywam się Aron. A ja jestem nimfą wodną i nazywam się Lili. Ja jestem Łukasz nie dokończyłem zdania bo Lili mi przerwała. Mówią coś o złym dżinie Tartufie i jego złych pomocnikach. Ty musisz nas przed nim uratować wtrącił Aron. Ale co mam zrobić powiedziałem. Musisz umieć panować nad mieczem i znać sztuki walki.

Rozdział 2    Walka z Tartufem

Trening zaczynamy od jutra a teraz się wyśpij. Co wyśpij! muszę wracać do domu. Zapomnieliśmy ci powiedzieć że tu czas płynie inaczej. Wasza ziemska godzina to u nas miesiąc. Przerwę to opowiadanie bo wiem co myślicie to nie dorzeczne żeby był inny świat. Ja też byłem zaskoczony. Ale teraz wracajmy do książki. Muszę przyznać spało mi się dobrze; kiedy obudziłem się rano zauważyłem że Aron jest już na dworze i szykuje dla mnie zadanie. Podszedłem do niego, a on od razu zaczął mi opowiadać o zadaniu. Miałem zdobyć kamień mitycznej postaci o imieniu Cerber. Miał on mi pomóc pokonać Tartufa. No cóż, zdobycie kamienia było łatwe ale bardzo trudno było opanować jego moc. Kiedy już miałem pełną kontrolę nad kamieniem, ruszyłem do boju z Tartufem. Tartuf był wielki i potężny, cały czas śmiał się szyderczo. Powiedział ze śmiechem na ustach i co przyprowadziliście mi tu kolejnego potomka królewskiego rodu. Wtedy mój kamień się zaświecił i trafił Tartufa prosto w serce. Jak wiecie miał służących którzy rozpłynęli się razem z nim. Nie zamykajcie książki bo to nie koniec moich przygód.

Rozdział 3    Spotkanie i śmierć

Rano Lili zaprowadziła mnie do swojego przyjaciela Alana. Alan był zabawny i szarmancki wobec Lili. Wspomniał coś o goblinach które go śledzą .Mówił że mam je pokonać . Jak dla mnie to za dużo emocji jak na jeden tydzień. Ruszyłem z Lili do kryjówki goblinów nad wodospadem. Kiedy tam dotarłem zauważyłem że mają jakiś miecz w ręku. Niestety zauważyli mnie. Ich przywódca o imieniu Tobi ruszył na Alana i trafił go mieczem prosto w serce. Dla Alana nie było ratunku. Ja byłem rozdarty między rzeczywistością a fikcją. Pierwszy raz widziałem jak ktoś umiera. Wyobraźcie sobie mój ból i cierpienie.

Rozdział 4    Gryf i ja

Kiedy słońce rozjaśniało każdy ciemny kąt pokoju postanowiłem wybrać się na małą wycieczkę po Aratopii. Wyszedłem przez okno żeby nie obudzić Lili i Arona. Po pewnym czasie doszedłem do małej groty, którą postanowiłem zwiedzić. Nie było w niej komfortowo ani luksusowo; więc chciałem wyjść. Ku mojemu zdziwieniu drogę zablokował mi dziwny stwór. Przypomniałem sobie że widziałem jego obrazek w książce o mitologii. To był Gryf czyli pół lew pół jastrząb. Nie wiem dlaczego ale mnie nie zaatakował. Zauważyłem że ma drzazgę w prawej nodze. Wyciągnąłem ją bez wahania. Wtedy on wziął mnie na grzbiet i poleciał nad chmurami do znanej mi górki na której się obudziłem gdy wylądowałem w Aratopii. Latanie na gryfie było moim największym przeżyciem w całym moim życiu. No cóż, było późno, musiałem wracać do domku Lili i Arona. Czułem że jeszcze spotkam tego gryfa. Po powrocie do domu opowiedziałem wszystko moim przyjaciołom. Aron powiedział, że w Aratopii może się wszystko zdarzyć.

Rozdział 5    Syreni problem

Rano Aron powiedział, że w Aratopii wykryto, że syreny zaczynają się ukrywać przed jakimś goblinem. Postanowiłem to sprawdzić. Droga była długa; po dotarciu na miejsce poczułem ulgę. Już na lądzie czekała na nas syrena. Była piękna. Miała długie blond włosy i ogon pokryty łuską. Powiedziała nam tylko: pełnia księżyca. Okazało się że pełnia źle wpływa na syreny i ludzi znajdujących się w Aratopii. Co? Zapytałem ze zdziwieniem. Na ludzi? Tak. Odpowiedziała Lili. Musimy tu poczekać aż pełnia minie. Niestety spojrzałem na światło księżyca. Wtedy z nie wiadomych powodów zacząłem panować nad wszystkimi postaciami wody czyli nad wodą; lodem; wrzątkiem. Podobno rozwaliłem pół lasu; szkoda że tego nie pamiętam; wiem tylko, że boli mnie głowa i muszę się położyć.

Rozdział 6    Rozstanie z Aratopią i powrót do domu.

Wieczorem dowiedziałem się że muszę wracać do domu. Dlaczego teraz? Bo u was już minęła godzina powiedział spokojnie Aron. Lili przecież ja miałem być wojownikiem. Pokonałeś już wszystkich wrogów więc nic tu po tobie. Posłuchaj Łukaszu, wyobraźnia nigdy cię nie opuści. Po tych słowach zaczęło mi się kręcić w głowie. Po chwili obudziłem się u siebie w domu. Zrozumiałem że Aratopia była wytworem mojej wyobraźni. Pewnego razu kolega powiedział mi, że mam za bardzo bujną wyobraźnię i że jej nadmiar może mieć złe skutki.

To koniec Aratopii. Ale rozwijajcie wyobraźnię poprzez czytanie książek.

Łukasz Bosiacki lat 11



Regionalny konkurs literacki z okazji 160 rocznicy Wiosny Ludów - wybór prac (maj 2008)

Bitwa pod Rogalinem

Nie wiem, jak to się stało.
Znalazłam się w miejscu zupełnie mi obcym, niczym na polu walki. Rozglądałam się niespokojnie i z każdą chwilą uświadamiałam sobie, że przeczuwane przeze mnie niebezpieczeństwo rzeczywiście jest blisko, choć na razie nic na to nie wskazywało... Siedziałam ukryta za jakąś szopą, skąd ujrzałam puste pole blisko Rogalina. Pogoda była ładna. Drzewa i krzewy wyglądały już na zazielenione, rosło trochę kwiatów: Było około godziny szóstej rano. Promienie słońca świeciły mi w oczy. Ptaki ćwierkały radośnie. Postanowiłam, że przespaceruję się trochę po świeżym powietrzu. Nie spodziewałam się niczego złego. Dzień zapowiadał się bardzo przyjemnie. Nagle moja sytuacja diametralnie zmieniła się - nie brałam już udziału w tamtych zdarzeniach, zaś stałam się biernym obserwatorem. Zdarzyło się to w samą porę, gdyż z Poznania wysłano osiem kompanii piechoty, dwa szwadrony oraz cztery działa.

Partyzanci skierowali się na Rogalin, gdzie opanowali duży transport soli, który przewożony był barkami rzeką Wartą Jego wartość można było szacować na tysiąc talarów. Tej nocy z siódmego na ósmego maja na Rogalin wyruszyły oddziały, pod dowództwem majora Winniga. O godzinie siódmej zaatakowali obóz powstańców. Podzielono ich na trzy oddziały. Pierwsza. część skierowała się na północny folwark rogaliński, druga na wschodni trakt poznański, a ostatnia, trzecia - na południe do wsi Świątniki. Pierwszy atak rozpoczął się na folwarku - podpalono stodołę. Polacy wystrzelili kilka razy z armat oraz z broni ręcznej. Nagle zauważyli, że od południa, ze strony Śremu podąża trzecia część żołnierstwa. Wojsko było dziesięciokrotnie większe i silniejsze, więc oddziały wycofały się na zachód w kierunku Warty, rzucając broń. Teraz atmosfera zaczęła stawać się naprawdę napięta. Wszyscy biegli w kierunku wsi Rogalin. Nagle jeden z żołnierzy podpalił budynki gospodarza Króla. Wojsko pruskie było bezlitosne. Na poznańskiej drodze napotkali kosyniera błagającego o litość, szukającego schronienia. Wszystko na nic. Kilkanaście kul przeszyło jego ciało. Inna gromada żołnierzy udała się do gościńca, gdzie napotkała bezbronnego Macieja Kusztaleka. Bez żadnego żalu, bez wstydu zabili go i zabrali mu wszystkie pieniądze.

Najbardziej wzruszyło mnie jednak następujące zdarzenie. W pewnym momencie ujrzałam pięćdziesięcioletniego komornika, Macieja Balbierza, który chciał między gromadką dzieci, pod stodołą uchronić się od śmierci. Wzdychał ciężko i szlochał. Nagle podszedł do niego żołnierz i z odległości około dziesięciu kroków strzelił do nieszczęśnika. Na szczęście chybił. Niestety to zdenerwowało Prusaka. Podszedł do starca, przyłożył mu strzelbę do boku i strzelił. Trafił w udo. Balbierz upadł krzycząc przeraźliwie. To nie usatysfakcjonowało okrutnika. Uderzył go jeszcze kolbą w głowę, mówiąc mu przy tym kilka dosadnych słów. To było okropne... Byłam bezradna. Mogłam tylko przyglądać się, jak żołnierze pastwią się nad ludźmi niczym nad zwierzętami. Później dostrzegłam także jak zamordowano jeszcze dwóch komorników.

Tymczasem na łące, przy rzece, ludzie biegali, usiłując ukryć się za krzakami i w innych rozmaitych zakątkach. Niektórzy wskakiwali do rzeki uważając, że tak będzie lżej zginąć. Mieszkańcy zabierali swoje dzieci na wozy, a ich ojcowie wyglądali zza krzaków z żalem. I tak było o dziewiątej rano. Wojsko zaczęło cofać się ku pałacowi. Żołnierze węszyli tam i przewracali wszystko, co tylko spotkali na swej drodze. Rozrzucali szaty i pościele, rozdzierali nawet poduszki. Zabierali wszystkie rzeczy, które wydawały się im kosztowne. W zbrojowni porozrzucali zbroje. Niektóre zabrali ze sobą Rozbijali lustra oraz okna. Przekopywali nawet ziemię w piwnicy, dopóki nie znaleźli żelaznej skrzyni, którą wywieźli do Poznania. Wojacy rabowali nawet dobytek ubogich kmieci, jak na przykład Antoniego Snuszki, czy Pawła Jóźwiaka.

Wreszcie atmosfera uspokoiła się. Zrobiło się strasznie cicho, a z niej dobiegały jedynie jęki. Spojrzałam na polne kwiaty, które podziwiałam, gdy się tu znalazłam. Były teraz podeptane, miejscami skropione krwią. Ta ponura, grobowa cisza. trwała do drugiej po południu. Wiadomość o bitwach toczonych w Rogalinie dotarła do obozu w Trzebawiu, pod dowództwem Garczyńskiego z Brzozy pod Bykiem. Ruszyli oni na pomoc oddziałowi. Przybyli, by zaatakować pałac, który okazał się fortecą, co znaczyło, iż należy użyć dział. Strzelano z okien, co przestraszyło kosynierów, którzy wycofali się. Właśnie w tej walce zginął mężny i gotowy w każdej chwili na śmierć Garczyński. Aresztowano kilku Polaków, których rozdzielono na dwa oddziały. Jeden z nich udał się traktem do Poznania, drugi zaś puścił się rzeką Wartą również do tego miasta. Właśnie ten ostatni napotkał trzeci oddział ze Stęszewa, z którym zaszła sprzeczka. Jednak z powodu niesprzyjających warunków do walki, padł jeden stęszewski żołnierz.

W bitwie pod Rogalinem zginęło jedenastu kosynierów, a sześciu utopiło się w Warcie. Reszta rozproszyła się po okolicy. I tak właśnie zakończyły się walki pod Rogalinem. Nagle obudziłam się i długo nie mogłam dojść do siebie. Czułam się, jakbym sama brała udział w bitwach. Byłam przepełniona emocjami, ale po chwili uświadomiłam sobie, z czego mógł wynikać mój sen. Otóż, poprzedniego wieczoru wspominałam owe walki, gdyż dowiedziałam się o zbliżającej się 160-tej rocznicy Wiosny Ludów. Jednak, co jest niezmiernie zadziwiające, wszystkie informacje okazały się jak najbardziej prawdziwe, z uwagi na to, iż wówczas, gdy opowiedziałam mój przedziwny sen mojej prababci, ta stwierdziła, iż ogół tych zdarzeń naprawdę miał miejsce w historii mojej okolicy... Mimo tego, iż chwilami sen był naprawdę okrutny i przerażający, jednak zmusił mnie do późniejszych refleksji…

Katarzyna Adamczewska
kl. 1c
Gimnazjum nr 1
ul. Szkolna 1, 62-O50 Mosina
opiekun - nauczyciel historii Joanna Sprenger



Regionalny konkurs literacki z okazji 160 rocznicy Wiosny Ludów - wybór prac (maj 2008)

Bitwa pod Rogalinem

Rogalin - cudowne miejsce, przepełnione naturą, harmonią i duchem życia. Tu, nad brzegiem Warty fauna i flora żyje w symbiozie przepełnionej spokojem. Wśród starych, majestatycznych dębów pojawiają się chwile refleksji. Aż dziw, że odbyła się tu bitwa, w której ktoś poległ.

W obozie panował gwar i poruszenie. Wszyscy zgromadzeni przygotowywali się do starcia, które niebawem miało się odbyć. Jedni sprawdzali broń, inni rozmawiali o tym, co może się wydarzyć. Tylko nasz wódz Jakub Krauthofer - Krotowski w pełni opanowany analizował możliwe posunięcia i manewry. Ja usiadłem na mchu i rozmyślałem na temat przyszłości, którą być może okaże się wolność.

- Maciej! - zawołał niski mężczyzna o krępej budowie ciała. Wyrwany z oparów wyobraźni obróciłem się niespokojnie.

- Co się stało przyjacielu? - spytałem Karola. Miał twarz o przyjemnych rysach i wesołe niebieskie oczka, które z rozbawieniem brały cały otaczający go świat. Ubrany był zwyczajnie w koszulę i kamizelkę, z tym że z kieszeni na lewej piersi wystawała biała chusteczka. Sprawiało to dość zabawny widok, ale jak powiadał: "...elegancji nigdy za wiele". Swoją pulchnością wywoływał bardzo miłe wrażenie. Po chwili powiedział:

- Przepraszam, że tak długo czekałeś, ale...- tu gorączkowo przełknął ślinę - zgubiłem twój modlitewnik i szukałem go chwilę wśród krzaczków jagód. Przepraszam i dziękuję, że mi go dałeś. - powiedział lekko zawstydzony i podał mi małą książeczkę w czarnej oprawie.

- Mam nadzieję, że czytając utwierdziłeś się w przekonaniu, że to MY wygramy! - powiedziałem stanowczo. Towarzysz spojrzał z nadzieją w me oczy, czułem jak bardzo pragnie zwycięstwa.

- A jeżeli coś się nie uda? Może stąpamy dziś po ziemi ostatni raz? - w głosie Karola słychać było niepewność. Zawahałem się, prawdę mówiąc w głębi duszy wciąż o tym myślałem, jednak nie mogłem powiedzieć tego wprost.

- Jeśli tak, to niczego nie żałuję, ani tego jak żyłem, ani tego że umrę dla ojczyzny. Te słowa sprawiły, że na twarzy przyjaciela zabłądził uśmiech, nie był on duży, ale za to szczery. Wiedziałem, że myśli on podobnie, jednak wciąż lęka się śmierci. Skończyliśmy te rozważania i mimo, że wszystkie myśli były skupione na nocnej bitwie, rozpoczęliśmy rozmowę na nowy temat. Zaczynał zapadać zmierzch i wszyscy przygotowywali się do starcia. W górze roztaczał się nieziemski widok. Oprócz srebrnego księżyca, miliony gwiazd migotały na nieboskłonie. Patrzyłem na nie z uwielbieniem, wyobrażając sobie, że ja, jak każdy człowiek mam swoją gwiazdę we wszechświecie. Oglądając ich nocny spektakl ogarnęło mnie zadumanie. Ja i mój brat - Henryk, mieliśmy stanąć do walki o lepszą, bo naszą Polskę. Był on w oddziale Celińskiego i nie miałem sposobności się z nim zobaczyć. Bałem się o niego i innych kompanów, zastanawiałem się: czy nasze gwiazdy będą jeszcze długo świecić? Wtedy zamknąłem oczy i przywołałem wszystkie najpiękniejsze wspomnienia: pierwszą komunię, biwak nad jeziorem i wakacje u babki Anastazji. "Tak szybko mija to życie, nie nacieszysz się nim w pełni, a już czas ci umrzeć" pomyślałem. Wtedy ruszyliśmy.

Powoli zaczynało się chmurzyć. Szliśmy bez słowa przemykając się między drzewami, jak cienie. Wszyscy zwarci i gotowi, jak jeden mąż dążyliśmy wytrwale do celu. Każdy myślał o najbliższych i każdy czuł się w obowiązku do obrony ojczyzny. Strach przejmował, ale to patriotyzm napędzał krew. Byłem niespokojny ale i radosny z możliwości sprawdzenia się w boju. Zaraz się zacznie - pomyślałem i jaki inni przyśpieszyłem kroku.

- Widać już błyski świateł, więc jesteśmy blisko - szepnął ktoś niedaleko. Jesteśmy - pomyślałem - i będziemy. Księżyc schował się za jakimś niewielkim obłokiem, przez chwilę panował półmrok. Mimo tego, kontury stawały się coraz bardziej widoczne. Dostanie im się - wiedziałem, że tak musi być. Szliśmy poprzez zarośla aż pod sam pałac. Gdy tylko ci ze środkowej kolumny wychylili się z lasu, Prusacy otworzyli ogień. Nie czekając ani chwili rozpoczęliśmy ostrzał nieprzyjacielskich szeregów. Oni lekko zdezorientowani odpowiedzieli salwą. Dało to czas ostatniemu oddziałowi na dojście. Od tego momentu wiedzieliśmy, że mamy przewagę. Kiedy dotarli towarzysze broni i przypuścili ostateczny szturm, Prusacy zawahali się. Nie będąc w stanie odeprzeć naszego ataku, tak szybko jak mogli, zaczęli uciekać w kierunku rzeki. Wokół panowała euforia przepełniona wesołymi okrzykami. Wszyscy cieszyli się jak mogli, jednak radość trwała krótko, bowiem w walce ucierpiało wiele osób. Jedni mieli tylko powierzchowne rany, inni leżeli na ziemi bez życia. Obok mnie słychać było konanie. Właśnie zamarł czyjś mąż, ojciec, brat. Niedaleko jęk - to ciężko ranny prosi Boga o śmierć. Jeszcze dalej szept modlitwy unosi się powoli ku niebu. Nagle usłyszałem z oddali znajomy głos. Nie! - pomyślałem - tylko nie on! Kiedy dobiegłem na miejsce skąd dochodziło wołanie, młody mężczyzna leżał na ziemi w kałuży krwi. Spojrzawszy na zapadniętą twarz brata i ujrzawszy jego rozdartą na brzuchu koszulę, wiedziałem, że rana jest śmiertelna. Nie mogłem się ruszyć, nawet oddychać, łzy same ciekły po policzkach. Szepnął tylko: Macieju! - i zamknął oczy. W jednej chwili cały świat gdzieś zniknął, była tylko wszechogarniająca pustka. Serce mi stanęło - co teraz? Przygarbiony nad ciałem brata, nie wiedziałem co robić. Wtedy podszedł do mnie Karol i położył mi rękę na ramieniu.

Cieszyliśmy się ze zwycięstwa, w końcu to my wygraliśmy, zdobywając utraconą wolność. Opatrzyliśmy rannych i pochowaliśmy zmarłych. Szczęście mieszało się ze smutkiem, ale tak już musi być. Nasze gwiazdy jeszcze świecą, ich musiały zgasnąć.

Marta Budzińska
kl. 1b
Gimnazjum w Pecnej
ul Gtówna 20, 62-053 Pecna
opiekun - nauczyciel historii Michał Smolarczyk



Regionalny konkurs literacki z okazji 160 rocznicy Wiosny Ludów - wybór prac (maj 2008)

Proklamacja Rzeczpospolitej Mosińskiej
Kartki z pamiętnika - rok 1848. Autor nieznany


Minęło już tyle lat od tamtej wiosny, a mnie czasami wydaje się, że to było wczoraj. Chciałbym wam opowiedzieć o tych dniach pełnych radości i nadziei. Miałem wtedy trzynaście albo czternaście lat i mieszkałem w Mosinie. Moi rodzice już nie żyli, a ja za pomoc w domu i zagrodzie otrzymałem pokój u pani Katarzyny. Nigdy później w swoim życiu nie spotkałem kobiety tak dobrej, życzliwej i pięknej jak ona.

Wiosną 1848 roku nie wiedziałem zbyt wiele o tym, co dzieje się w Paryżu, Berlinie czy Poznaniu. Słyszałem jednak, że w Europie rozpoczęła się rewolucja, nazywana później Wiosną Ludów, a Polacy myśleli o stoczeniu walki z pruskim zaborcą i odzyskaniu niepodległości. Wiedziałem, że Wielkopolanie zakładają Komitety Narodowe. W Mosinie Komitet Narodowy liczył pięciu członków. Na czele wielkopolskich oddziałów powstańczych stał Ludwik Mierosławski. Powstańcy zebrali się w czterech obozach, do jednego z nich zgłosili się ochotnicy z naszego miasta. Obóz ten został rozbity 29 kwietnia 1848 roku przez Niemców. Bardzo żałowałem, że nie mogłem brać udziału w walkach i wykazać się odwagą i męstwem. Byłem jednak młodym i niedoświadczonym chłopcem. 2 maja usłyszałem, że w okolicach Trzebawia zorganizował się właśnie oddział partyzancki, pod dowództwem pana Włodzimierza Wilczyńskiego, syna bogatego obywatela ziemskiego. Polacy nie mieli dobrego uzbrojenia, musieli zatem zdobyć je "na wrogu". Napadli na żołnierzy pruskich pod Stęszewem, zdobyli karabiny i amunicję. Uzbrojeni i pełni wiary w zwycięstwo zajęli Rogalin i Kórnik.

Ja w tym czasie poszedłem na zbocza Moreny Pożegowskiej, gdzie bije źródło. Lubiłem tam chodzić. W tym miejscu wyobrażałem sobie zawsze, jak będzie wyglądało moje życie. Myślałem o dalekich podróżach i wielkich czynach, jakich dokonam w przyszłości. Wierzyłem, tak jak inni mieszkańcy miasta, że z tego źródła pił wodę Napoleon w roku 1806 lub w 1812, kiedy to wyruszał do walki z Rosjanami, albo powracał do Drezna. Mój świętej pamięci tata, opowiadał jak ważne osobistości z naszego miasta przedstawiły barwnie żołnierzom Napoleona dzieje Mosiny. Nie omieszkali wspomnieć, że sama nazwa miasta pochodzi od dawnego wyrazu moszyna, co oznaczało miejsce porośnięte mchem, i że jest to jedno z najstarszych miast w Wielkopolsce.

Mosina prawa miejskie otrzymała już w 1302 roku, a w herbie jest umieszczony orzeł królewski. Główna część miasta to czworoboczny rynek.

Wtedy, w 1848 roku miasto liczyło tylko 800 mieszkańców. Prawdziwy rozwój Mosiny nastąpił dopiero kilka lat później w związku z budową linii kolejowej z Poznania do Wrocławia, która została uruchomiona w 1856 roku. Ale wracajmy do mojej opowieści. 3 maja 1848 roku w Mosinie doszło do wystąpienia przeciwko Prusakom, a na pomoc miastu przybył oddział powstańczy z Rogalina. Wiedziałem, że dzieje się coś ważnego. Całe miasto było poruszone, ludzie opowiadali sobie o zwycięstwach polskich oddziałów, o tym że wolność jest już blisko. Tak jak inni mieszkańcy pobiegłem na rynek. I tam go zobaczyłem. Jakub Krauthofer - Krotowski stał i przyglądał się powstańcom uzbrojonym w szable z kolekcji rodzinnych, pistolety, kosy, lance ukute przez wiejskiego kowala i broń zdobytą na wrogu. Widział też licznie zebranych obywateli, chłopów z dóbr rogalińskich i mieszczan. Jakub Krauthofer - Krotowski głośno i wyraźnie powiedział słowa, które do dzisiaj są w mojej pamięci, a brzmiały one tak: "Urzędowo proklamuję i ustanawiam Rzeczypospolitą Mosińską, której godłem będzie orzeł z wieńcem i napisem Polska Powstająca". Wszyscy zaczęli wiwatować, podrzucać czapki w górę, ściskać się i krzyczeć, że oto nadeszła chwila zwycięstwa. Widząc tę radość i wiarę w lepsze jutro, tych ludzi zmęczonych walką i marszem pierwszy raz w życiu byłem dumny z tego, że jestem Polakiem. Jako prezydent J. Krauthofer - Krotowski usunął z Mosiny i Kórnika pruskich urzędników, a na ich miejsce mianował Polaków. Wydawał pisma urzędowe zaopatrzone pieczęcią z orłem jagiellońskim i napisem "Polska Powstająca", wysyłał podania do różnych urzędów pruskich, a od głównodowodzącego wojskami pruskimi zażądał uwolnienia polskich jeńców. Burmistrzem Mosiny został nauczyciel, Wojciech Rost.

Miałem to szczęście, że spotkałem Jakuba Krauthofera- Krotowskiego osobiście. Był zaproszony na poczęstunek do mojej opiekunki, pani Katarzyny. Kiedy w czasie kolacji opowiadał o sobie, ja siedziałem cichutko w kącie i słuchałem z zapartym tchem. Okazało się, że jego życie wcale nie było łatwe. Pradziad, Jan Jerzy przybył do Polski z Bawarii i był czeladnikiem ślusarskim. Jakub urodził się w Bninie, jego matką była Polka. Należał do dzieci bardzo zdolnych i dlatego oddano go do szkół w Poznaniu. Niestety, z powodu ubóstwa rodziny musiał je opuścić i został pisarzem w kancelarii adwokata Wacława Przepałkowskiego w Poznaniu. Mecenas Przepałkowski zasłynął z tego, że powołując się na słabą znajomość języka niemieckiego mógł przemawiać przed sądami pruskimi w języku łacińskim. Z opowieści Jakuba Krauthofera wynikało, że był uparty i ambitny; że ciężką pracą zdobył pieniądze na studia prawnicze w Berlinie. Po ich ukończeniu zatrudnił się w sądzie berlińskim, a następnie otworzył kancelarię adwokacką i notarialną w Poznaniu. Zdobył uznanie i majątek oraz szacunek mieszkańców miasta. Później zajął się też działalnością polityczną Pisał o potrzebie przeciwdziałania germanizacji, domagał się uznania języka polskiego w sądownictwie, a w poznańskim Komitecie Narodowym głosił potrzebę otwartej wojny z Prusakami. Bardzo pięknie i obrazowo opowiadał o tym, jak razem z innymi powstańcami napadł na patrol huzarów pruskich w Kórniku i o swoim pobycie w obozie Ludwika Mierosławskiego w Miłosławiu. Kiedy tak słuchałem tych opowieści, to myślałem o tym, jakim jest dzielnym, mądrym i odważnym człowiekiem. Postanowiłem wtedy, że też taki będę i nie zmarnuję swojego życia. To był niezapomniany wieczór. Przez kilka kolejnych dni żyliśmy w zupełnie innym świecie. Wieści o proklamowaniu w Mosinie i Kórniku Rzeczypospolitej Polskiej, zwycięskich walkach pod wodzą Wilczyńskiego i Krotowskiego obiegły całą Wielkopolskę. Zacząłem wierzyć, że tak już będzie zawsze. Do naszego obozu zaczęli nadciągać ochotnicy. Niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy. 8 maja 1848 roku doszło do najgorszego zdarzenia. Wojska pruskie uderzyły na Rogalin i po przegranej bitwie powstańcy wycofali się za Wartę. Z opowiadań walczących dowiedziałem się później, że nie mogliśmy wygrać z liczniejszymi, lepiej wyszkolonymi i uzbrojonymi Prusakami. Po nadejściu kolejnych ochotników Krotowski i Wilczyński próbowali znowu opanować Rogalin. Wojska pruskie nie pozwoliły na to. Kiedy dowiedziałem się, że Wilczyński popełnił samobójstwo, a Krotowski został aresztowany przez huzarów pruskich w Konarzewie i osadzony w poznańskiej twierdzy byłem załamany. Ani przez chwilę jednak nie pomyślałem, że też powinien odebrać sobie życie. Wiedziałem, że taki człowiek nie zmieni swoich poglądów i nadal będzie służył Polakom.

Przegrana 8 maja bitwa pod Rogalinem to koniec Rzeczypospolitej Mosińskiej. Te piękne dni były wolnością, nadzieją i wiarą w to, że Polska będzie kiedyś niepodległa. Ludzie zrozumieli, że muszą przygotować się do walki i zjednoczyć. A ja? Pożegnałem się z panią Katarzyną, podziękowałem za wszystko i udałem się do Poznania. Chciałem kontynuować naukę w szkole, a później ukończyć studia prawnicze na uniwersytecie w Berlinie. Postanowiłem, że będę starał się służyć Polsce. Jestem szczęśliwym człowiekiem - spełniły się moje plany i zamiary, ale to już jest inna historia...

Anna Andrzejewska
kl. 1b
Gimnazjum nr 1 w Mosinie
ul. Szkolna 1, 62-O50 Mosina
opiekun - nauczyciel historii Joanna Sprenger




Strona głównaGodziny otwarciaKatalogFilieO nasGaleriaZakładkiKontakt